JOHN FAHEY
Womblife
(Table of the Elements)



John Fahey gra na gitarze więcej lat niż ja na tym świecie żyję i chociaż słyszałem jego nazwisko przy paru okazjach, zawsze podświadomie klasyfikowałem go jako nudziarza- bluesmana (a tradycyjnego bluesa nie cierpię). Do dokładniejszego przesłuchania jego najnowszego albumu zachęciła mnie dopiero nazwa wytwórni - Table of the Elements znana jest jako wydawca solidnych amerykańskich eksperymentatorów w stylu Cage'a czy Conrada. Posłuchałem i oniemiałem. Za wyjątkiem ostatniego obrzydliwie (dla mnie) kołysankowato-cukierkowatego utworu, Womblife to zbiór hałaśliwych wariacji na gitarze akustycznej, które mają mało wspólnego z muzyka gitarową a wiele z takimi nieortodoksyjnymi gitarzystami jak K.K. Null czy Jim O'Rourke. Ten ostatni siedział zresztą za konsoletą podczas sesji oraz został producentem albumu. W odróżnieniu jednak od kompozycji wymienionych wyżej, muzyka Faheya jest mocno osadzona w jego amerykańskości. Jego niemal pozbawione rytmu brzdąkane meandry kreują przed oczami obraz niespiesznego, sennego Południa, pod którego leniwą zadumą kryje się jakaś chorobliwa tajemnica. Bardzo ambitny, a jednocześnie niemęczący album. Chyba jednak powrócę do tych starszych nagrań Faheya, tym bardziej iż kartonowa wkładka używa sformułowania po 40 latach grania hałasu .

(Table of the Elements, P.O. Box 5524, Atlanta, GA 31107, USA)


Paweł Frelik