PAINKILLER
Execution Ground
(Subharmonic)
Nazwę PAINKILLER starsi słuchacze zapewne pamiętają z dwu
ultra-hałaśliwych albumów jakie zespół nagrał swego czasu dla
Earache. "Execution Ground" to ich dokonanie najświeższe
i rozrośnięte, bo aż dwupłytowe. Skład z kolei uległ redukcji do
tria, ale za to jacy to muzycy! Bill Laswell, John Zorn i Mick
Harris (tak, tak, ten co to kiedyś w NAPALM). Zdecydowanie inna
jest też muzyka. Pierwszy z kompaktów zawiera 3 tracki zamykające
się w ponad 45 minutach, drugi tylko dwa, ale też prawie
czterdziestominutowe. Pierwszy z krążków jest hałasliwy - avant-jazz
ze schizofrenicznymi domieszkami noisu i ciężkich eksperymentów będzie
chyba jakimś w miarę trafnym określeniem. Słowem - esencja tego,
co reprezentują szczególnie dwaj pierwsi panowie - mega nazwiska
i niekwestionowani geniusze na awangardowo-eksperymentalnej scenie.
Notabene, Mick Harris też ma już mało wspólnego ze swoimi muzycznymi
początkami i coraz częściej zaczyna być kojarzony z muzyką pod prąd
(bo co tu dużo gadać - znaczna część metalu dawno przestała być pod
prąd - to nie głośność i szybkość decyduje o progresywności). Drugi
z albumów jest za(pod)tytułowany "Ambient" i to chyba wyjaśnia
wszystko. Duże przestrzenie, sample, jakieś dziwne rwane melodie,
wijące się saksofony, coś co przypomina zwielokrotnione odgłosy
tunelu. Obydwa utwory to zresztą nie-hałaśliwe wersje kawałków
z pierwszego krążka - bardzo mocno zdeformowane. Pomimo stonowania
ciągle rozbrzmiewają tu dubowane i jazzowe rytmy z pojawiającym się
i znikającym basem, który stroi tak nisko, że momentami mniej się go
słyszy, a bardziej czuje w żołądku. Ogółem "Execution Ground" to
półtorej godziny genialnej muzyki, do której z całą pewnością jest
się ciężko przyzwyczaić. Jeśli w ogóle można. A do wniosku
o genialności dochodzi się dopiero po kilkuset przesłuchaniach -
kiedy dźwięki oparte na rock'n'rollu zaczynają kłuć w uszy.
|