AMON
El khela (Eibon)



Jest coś paradoksalnego w słuchaniu pojedynczych poświstów, odbić i grzmotów na dolnej granicy słyszalności, gdyż z jednej strony wydają się one być wszystkie do siebie podobne, a z drugiej każdy z podstawowym sprzętem nagrywającym i komputerem mógłby stworzyć album w stylu "Continue" LULL czy właśnie "El khela" AMON. W praktyce jednak zarówno jedno jak i drugie stwierdzenie okazują się fałszywe. Płyty powszechnie klasyfikowane jako izolacjonizm lub minimalizm (obydwa terminy mogą w różnych sytuacjach oznaczać zupełnie odmienne rzeczy) różnią się od siebie mniej więcej tak jak Rolling Stones od Boba Marleya. A w celu stworzenia jeszcze jednej potrzebny jest nie tyle sprzęt, co wizja. Tej ostatniej Andrea Marutti nie brakuje. O ile wspomniany "Continue" można określić jako mgłę, "El khela" jawi się niczym odgłosy tornada szalejącego setki mil stąd - tak daleko, że często trzeba wytężać uszu, aby usłyszeć muzyczną działalność. W tym aspekcie AMON kontynuuje długą tradycję Thomasa Konera, Alana Lamba, Micka Harrisa i wielu innych. Zostaje więc tylko jedno pytanie - jak czegoś takiego słuchać? Aktywnie starając się wyłowić poszczególne elementy i zdarzenia? Czy może lepiej nałożyć dobre słuchawki i bezwolnie oddać się dźwiękowej entropii? Na to sami musicie sobie odpowiedzieć.

(Eibon Records, Via Folli 5, 20134 Milano, Italy)


Paweł Frelik