|
Co w Polsce tyka i pstryka
|
|
Kolejna porcja dźwięków z Polski - zainteresowani mogą nadsyłać swoje materiały pod adres AntiMusick (c/o Paweł Frelik, P.O. Box 25, 20-218 Lublin 14), bądź kontaktować się z frelik@klio.umcs.lublin.pl
to jeden z projektów
związanych z małą wytwórnią Tribal Death Association - pozostałe to
różnej maści black metale. Ich kaseta zatytułowana po prostu "1999"
to kilkadziesiąt minut czegoś co newsletter wytwórni nazywa "schizowym
dark elektro". Coś w tym określeniu jest - materiał faktycznie
jest najbliższy radykalnemu nurtowi EBM ale samymi podobieństwami
nie sposób go obronić. Dla mnie osobiście sześć utworów brzmi ciągle
jeszcze zbyt schematycznie aby zawojować cokolwiek na polskiej scenie.
W niektórych momentach mam nawet wrażenie, że jest to przełożony na
idiom EBM jakiś lekki metal. Sytuacji nie poprawiają też różnego rodzaju
"cut-upy" niczego nie wnoszące do kompozycji. Szczególnie
zaś denerwujące są płaskie beaty - pozornie najbardziej podstawowy
element takiej muzyki, ale też najtrudniejszy do efektownego zagrania.
Tak więc trzeba chyba jeszcze popracować, ale duży plus za poszukiwania
- jak rozumiem członkowie ALONE IN MOURNING to byli miłośnicy metalu,
zaś "1999" jest wyrazem ich gwałtownie rozszerzających się
horyzontów muzycznych. I za to im chwała.
Czyżby nazwa
projektu była inspirowana starym kawałkiem TIAMAT? Cdr "World
Without God" to podobno już czwarte wydawnictwo Łukasza Pilaka
i zgadzałoby się to z poziomem tych prawie dwudziestu minut - wyraźnie
słychać, że nie siedzi on w dźwiękach od wczoraj. A skoro o tych ostatnich,
Łukasz wygenerował je wszystkie od podstaw bez uciekania się do modnych
sampli. "World Without God" to pięć utworów ciemnawej (anty)muzyki,
na którą składają się mechaniczne, metaliczne beaty (momentami przywodzące
mi na myśl wczesnego, jeszcze niepołamanego Scorna) oraz elektroniczne
ścieżki szumów, brzęków i wibrowań, które raz pojawiają się, raz znikają.
Całość brzmi całkiem sterylnie, a momentami nawet minimalistycznie
(ale nie aż TAK minimalistycznie), ale słucha się ciekawie. Jedyną
dolegliwością materiału może być tylko brak zdecydowania - Łukasz
raz to robi Harrisowe wycieczki (jak np. w czwartym "God's Face"),
kiedy indziej zagłębia się w mroczne, niemal BDN-owe obszary (utwór
tytułowy). W rezultacie płytce brakuje spójności, ale w kawałkach
brzmi ona bardzo interesująco.
Ozdobiona zdjęciami
starej techniki znanymi z albumów włoskiego BAD SECTOR, "Syphony
Bitumiczne No.1" to obok "Isolate" MOAN mój zdecydowany
faworyt polskiego podziemia roku 2000. Obydwa projekty działają w
ramach konwencji mrocznego ambientu, ale pod wieloma względami GIELARECK
robi to w sposób daleko bardziej oryginalny. Ruszające się słupy powietrza,
jednostajne elektryczne bzyczenie, przebiegi prądu i trzaski czasami
przybierają bardziej rytmiczne ale dalekie od regularnych beatów struktury,
kiedy indziej tkają monochromatyczne pola dźwięku i ciszy. Momentami,
tak jak w trzecim "Dekrement" czy następującym po nim "Multiplexer",
pojawiają się tu nawet delikatne, ambientalne melodie, ale nigdy nie
wychodzą one na spustoszoną powierzchnię. Jednak prawdziwa wartość
debiutu GIELARCKA polega nie na użyciu tych, znanych skądinąd, elementów,
ale na ogólnej wizji, która łączy je w całość. Gdyby przyjąć, iż nasze
maszyny mówią, komputery wyrażałyby się wysokimi piskami i frenetycznymi
pukaniami, zaś wielkie stare maszyny dudniłyby i mruczały. "Syphony
Bitumiczne No.1" to zapis nocnego życia tych drugich, które opuszczone
przez swoich twórców ciągle przemawiają i emitują krypto-wiadomości
dla swoich ciężkich metalowych braci.
Drugi już CDR
gdańskiego MORFEUSZA to po prostu miodzik na uszy tych, którym nie
obce jest nowe techno. Nowe, bo w odróżnieniu od starego, które stawiało
na ludyczne kicanie w takt młociastego rytmu i wewnętrznych słoneczek,
jest ono zorientowane na czysto dźwiękowe eksperymenty i postmodernistyczne
zabawy z konwencjami. Na "Songs Vol. 1" są bowiem i sample,
i sample sampli, i sample sampli sampli, i mnóstwo cytatów z różnych
odgałęzień nowej elektroniki (mi osobiście najbardziej podobają się
mroczne jungle'owe podkłady), i przede wszystkim dużo własnych oryginalnych
pomysłów. Dokładne opisywanie zawartości jedenastu utworów trwających
70 minut mija się z celem, bo w każdym dzieje się tak dużo, że zabrakłoby
strony. Dość powiedzieć, że nie jest to żadna amatorka - przy odpowiedniej
ilości zaparcia i substancji zwanej czasem MORFEUSZ ma spokojną szansę
wychynięcia za granice III Rzeczypospolitej. Ale oprócz indywidualnego
talentu, płytka ta daje świadectwo jeszcze jednej rzeczy - rewolucji
komputerowej, która wyzwoliła muzykę z multimilionowych studiów i
złożyła jej losy w ręce jednostki. I chociaż władza, nawet kreatywna,
korumpuje, Morfeusz wydaje się być odporny na kuszenie i podatny na
wolnomyślne tworzenie.
W liście do mnie
NEKYUA usytuowali swoje dźwięki pomiędzy gotykiem i industrialem.
Jak rozumiem na "Attuner of the Spheres" etykietki te pojawiają
się ze względu na z jednej strony rzewne kobiece zawodzenia a z drugiej
surowe electro-beaty. Kiedy kobieta znika pojawiają się poważne męskie
głosy, zaś w tle słychać tajemnicze dźwiękowe tekstury, a nawet niemal
horroryczne efekty. (Nie byłbym zdziwiony gdyby okazało się, że muzycy
miłują nieodżałowany G.G.F.H..) Na "Attuner of the Spheres"
składa się osiemnaście utworów trwających prawie 45 minut - dawka
solidna, ale niekoniecznie nudząca i to już jest coś. Muszą również
jednak przyznać, iż NEKYII nie udało się utrzymać mnie w jakimś szczególnym
napięciu. Być może jest efekt proporcji ezoterycznych i tajemniczych
atmosfer i aktywniejszych partii. Nie żeby eklektyzm był zły - wręcz
przeciwnie, ale trzeba się z nim też bardzo ostrożnie obchodzić. Tak
czy inaczej, jest to sensowna propozycja bardziej chyba dla miłośników
gotyku nie gustujących wyłącznie w cukierkowych melodiach niż dla
zagorzałych industrialistów, którzy trochę by się chyba tu wynudzili.
|
|
|