MASON JONES - Człowiek o wielu muzycznych twarzach


Mason Jones to postać nietuzinkowa: założyciel i właściciel Charnel Music, bardzo ważnej dla muzyki niezależnej w Stanach wytwórni, której katalog obejmuje ponad 30 własnych produkcji oraz wiele innych dystrybuowanych; lider mroczno-ambientalnego TRANCE i improwizacyjno-psychodelicznego SUBARACHNOID SPACE , którego ostatni album zrecenzowany jest gdzieś obok; wydawca Ongaku Otaku, magazynu poświęconego muzyce trudnej; wielki miłośnik i orędownik japońskiej sceny muzycznej, które to kontakty zaowocowały ostatnio krążkiem "International Incident" nagranym razem z takimi tuzami jak K.K. Null, Akifumi Nakajima (AUBE) czy Jojo (HIJOKAIDAN). Przy tak intensywnym trybie życia człowiek siedzący przede mną w małej kawiarence w San Francisco wydaje się być nadzwyczaj zrelaksowany.


Twoja muzyczna kariera rozpoczęła się w znanym naszym czytelnikom TRANCE, który w Polsce wydał na kompakcie Obuh Records ...

Nie do końca. Jeszcze zanim przeprowadziłem się do San Francisco w 1987, w Michigan, gdzie wcześniej mieszkałem, miałem mały zespół, ale nigdy nie nagrał on niczego godnego uwagi. Nazwy TRANCE zacząłem używać w 1987 nagrywając początkowo pół-amatorskie i rozsyłając je do znajomych.

Prasówka Release stwierdza, iż w pewnym momencie TRANCE został po prostu powieszony na kołku ...

Nie do końca. Teoretycznie nadal istnieje, tyle, że w ostatnim czasie nie nagrałem nic pod tą nazwą i jak na razie nic nie wskazuje, iż zrobię to w najbliższej przyszłości. Formalnie jednak TRANCE nie umarł. Jeśli chodzi o rozczarowanie tą formacją., hm.. chodzi tu przede wszystkim o koncerty. Naprawdę lubię grać koncerty. Jako TRANCE występowałem na żywo z trójką innych ludzi i w którymś momencie udało nam się nawet dojść do mniej więcej takiego samego brzmienia jak na albumach - czegoś w rodzaju mrocznego soundtracku. Potem jednak skład rozpadł się z obiektywnych powodów, a ja sam zacząłem myśleć o stworzeniu czegoś bardziej zorientowanego na rock, muzykę gitarową. Zebrałem kilku muzyków, a że muzyka jaką zaczęliśmy tworzyć podczas nieformalnych prób była różna od tego, co robił TRANCE, nie było sensu używania tej samej nazwy. Tak narodził się SUBARACHNOID SPACE.

Który też nie jest zbyt tradycyjnym zespołem, szczególnie jeśli chodzi o sposób komponowania ...

Tak. Nie interesuje mnie typowe pisanie materiału - wiesz, zbieranie się i skrupulatne zapisywanie i odrzucanie kolejnych pomysłów, tak, że z czasem wyłania się jakaś dopracowana kompozycja. Wszystkie nasze utwory ewoluują z bardzo luźnych, otwartych struktur, do których wszyscy dorzucamy nasze trzy grosze. Bardzo często zdarza się też, iż utwory raz napisane podczas występów na żywo zmieniają się. Zaczynamy zawsze od tak zwanego początku, ale to, co dzieje się potem zależy wyłącznie od naszego nastroju. Właśnie z tego powodu nagrywam wszystkie nasze koncerty - każdy z nich jest praktycznie inny. Nasz debiut dla Release składa się właśnie z dwu takich występów - nie jest to nagranie studyjne.

Kiedy słucha się waszych nagrań nie sposób pozbyć się skojarzeń ze sceną improwizacyjną. Czy czujecie się jej częścią?

San Francisco ma bardzo prężną scenę improv, wielu z tych muzyków pomaga nam jako goście na różnych nagraniach, ale trudno mi powiedzieć czy jesteśmy w pełni jednymi z nich. Większość związanych z nią zespołów jest zorientowana na free jazz podczas gdy nam chodzi o bardziej psychodeliczne brzmienie. W pewnym sensie cel SUBARACHNOID SPACE jest identyczny z tym obranym przez TRANCE - inne są tylko środki osiągnięcia jakiegoś magicznego, hipnotycznego nastroju.

Wasz najnowszy album, "Endless Renovation" , jest jednak wyraźnie różny od poprzednich pozycji. Czyżby zmieniał się kierunek muzyczny?

Nie, kierunek się nie zmienia. Główną różnicą, a wydaje mi się, że ma ona wielki wpływ na to, jak brzmi "Endless Renovation", jest fakt, iż jest to nasze pierwsze w pełni studyjne nagranie. W studiu mieliśmy do dyspozycji 16-śladowy magnetofon, który też rozszerza możliwości. Inny był nawet proces pisania materiału. Zazwyczaj siadaliśmy razem w studio i improwizowaliśmy całymi godzinami nagrywając każdą minutę. Potem odsłuchiwaliśmy całość wybierając najlepsze momenty. Tym razem więc utwory mają wyraźniej zdefiniowaną strukturę, są jakby bardziej zaplanowane. Na przykład "Square Wheels", w którym bębny odgrywają ważną rolę, niejako naturalnie jest bardziej ustalony i stopień wariacji na temat jest jakby nieco bardziej ograniczony. Z drugiej strony pozostałe tracki podczas koncertów mogą ciągle różnić się od płytowych pierwowzorów.

Jednym z zarzutów, jakie często, czasami nie bez racji, wysuwa się przeciwko muzyce improwizowanej jest iż wszystko jest w niej możliwe i oparte na zasadzie "jakoś to nam wyjdzie", co w praktyce może przecież prowadzić do zupełnie bezcelowego brzdąkania i dźwiękowego chaosu.

W pewnym stopniu się z tym zgadzam. Podczas prób często pozwalamy sobie na takie właśnie 'błąkanie się' po dźwiękach, ale kiedy przygotowujemy materiał na album lub ćwiczymy przed trasą zwracamy uwagę na pomysły, które potem używamy grając. Staramy się wtedy zapamiętać to, co w tym naszym jamowaniu jest najlepsze, po to aby podczas koncertów nie iść na totalny żywioł. Później gramy te najlepsze momenty po kilka razy i w rezultacie powstaje jakaś struktura, która chociaż w dużym stopniu otwarta narzuca nam jednak jakieś ograniczenia, które zapobiegają tworzeniu się takiego chaosu o jakim mówisz. W praktyce wygląda to tak, że początki utworów są dosyć sztywno nakreślone, instrumenty wchodzą w z góry określonej kolejności. Potem, kiedy już muzyka zacznie się 'dziać' na dobre pozwalamy sobie na swobodne oddalanie się od głównego motywu improwizując, dryfując w dźwięku. Cały czas jednak słuchamy się nawzajem bardzo uważnie po to, aby w odpowiednim momencie jakoś się 'spotkać' i zakończyć utwór w sensowny sposób.

Porozmawiajmy może przez chwilę o Twojej wytwórni Charnel Music. Katalog jest już całkiem spory, ale patrząc po poszczególnych artystach trudno mi znaleźć jakiś klucz według którego ich dobierasz.

Takiego klucza po prostu nie ma. W świecie większych wytwórni takie stwierdzenie byłoby pewnie samobójstwem, ale ja wydaję po prostu to co mi się w danej chwili podoba. Czasami zresztą tylko mi i niektóre z albumów jak dotąd sprzedają się wyjątkowo marnie. Ogólnie rzecz biorąc gust mam bardzo eklektyczny, więc i rozrzut jest duży. Wydałem więc kilka albumów w okolicach TRANCE i mrocznego ambientu, kilka opartych na gitarowych eksperymentalnych wariacjach, jest też sporo pozycji bardzo zbliżonych do noisu, i spora garść takich, w których bębny odgrywają ważną rolę. Fascynuje mnie również scena japońska. Wiele osób twierdzi, iż Japończycy bezwolnie imitują Amerykę i Europę jeśli chodzi o muzykę. Moim zdaniem jest to bardzo niesprawiedliwa ocena, gdyż dzieje się tam naprawdę wiele niesamowitych rzeczy i nie mówię tu tylko o typowym noisie, który stał się eksportem numer 1. Dobrym przekrojem japońskich możliwości są dwa składaki "Land of the Rising Noise" prezentujące cały przekrój japońskiej sceny od psychodelii poprzez punk i ambient do hałasu.



Nasza rozmowa trwała o wiele dłużej, ale miejsce na stronie niestety jest ograniczone. Niezależnie od tego czy ktoś gustuje w propozycjach typu "Endless Renovation" czy nie należy pamiętać, iż SUBARACHNOID SPACE jest tylko jedną z wielu twarzy Masona Jonesa. I w odróżnieniu od wielu innych osób wszystkie one są szczere, prawdziwe i pełne przekonania do tego, co robi ich właściciel.

Mason Jones, P. O. Box 170277, San Francisco, CA 94117-0277, USA

Recenzja z AM 10.1997 SUBARACHNOID SPACE:
Almost Invisible (Release)

Recenzja z AM 7.1998 (bieżący numer) SUBARACHNOID SPACE:
Endless Renovation (Release)

Recenzja z AM 5.1997 TRANCE:
Augury (Obuh)


Paweł Frelik