|
The Wire - biblia dla otwartogłowych?
|
|
Nie licząc krótkich recenzji w odpowiednich kolumnach, pisma rzadko piszą szerzej o innych pismach. Nie żeby koniecznie od razu konkurencja, ale zawsze jakoś tak wychodzi ... Pomimo, że już kiedyś niejednokrotnie o nim wspominałem, październikowy dwusetny numer brytyjskiego "The Wire" skłonił mnie do skrobnięcia o nim paru słów więcej, bo i znaczenie tego miesięcznika trudno przecenić. W kategorii regularnych nadziemnych wydawnictw prezentujących muzykę, którą można szeroko nazwać "niezależną" - lub nieco bardziej po Obuhowo-Woyckowemu "muzyką jakiej świat nie widzi" - "The Wire" nie ma bowiem sobie równych. Niniejszym chciałbym zachęcić wszystkich, którzy z angielskim sobie radzą na tyle, by jako tako czytać a którym wyżej wymienione dźwięki nie są obce do jak najczęstszej lektury tego periodyku. Dla mnie osobiście ostatnie pięć lat spędzone z "The Wire" to okres niesłychanie intensywnych odkryć muzycznych, w których magazyn ten niejednokrotnie odegrał instrumentalna rolę, szczególnie w sytuacji, kiedy w Polsce nie było (a teraz po upadku "Plastika" i "Brum" znowu nie ma) periodyku, którzy chociaż częściowo eksplorowałby antymuzyczne tereny. Okładka "The Wire" zaopatrzona jest w znaczący podtytuł "Adventures in modern music", który trafnie podsumowuje misję magazynu. Widnieje na niej również pasek głoszący "electronica, avant rock, breakbeat, jazz, modern classical, global" ale w rzeczywistości zakres pokrywanych gatunków i konwencji jest dużo szerszy. W wywiadach, artykułach i recenzjach gościli tak rozbieżni artyści jak Coil, Current 93, Lustmord, The Swans, John Cage, Sonic Youth, Arvo Part, awangardowi hiphopowcy, Merzbow i Thomas Koner. I jest to zaledwie czubek góry lodowej. Poza regularnymi formami dziennikarskimi poświęconymi aktualnościom "The Wire" dba również o źródła i rzeczy starsze. W regularnym "przewodniku do ...." zatytułowanym "The Primer" autorzy wybierają i szeroko omawiają najlepsze albumy różnych kategorii - może to być dyskografia danego artysty, ale również tradycja muzyczna jak na przykład muzyka afrykańska czy omówione w ostatnim numerze indonezyjskie orkiestry gamelan. Od czasu do czasu ukazują się cykle omawiające interesujące a niekoniecznie dobrze znane aspekty muzyki 20 wieku - przykładem mogą być serie artykułów poświęcone muzyce konkretnej, soundtrackom czy hałasowi. Do tego dochodzą sekcje poświęcone związanym z muzyką multimediom, stronom internetowym, książkom, dział recenzji koncertowych, felietony o scenach muzycznych z różnych stron świata i mnóstwo innych stałych lub efemerycznych pozycji. To co łączy praktycznie wszystkie teksty to fachowość, momentami ocierająca się niemal o intelektualizm, co zresztą jest niejednokrotnie wytykane wybranym osobom. Dziennikarze piszący o muzyce są z natury rzeczy bardzo subiektywni, ale oprócz opinii w "The Wire" zawsze można liczyć na potężną pigułę informacji. Dużym plusem w tej mierze jest też częstsza lub rzadsza obecność na łamach szeregu uznanych ekspertów od prezentowanych muzyk - wystarczy wymienić tu Davida Toopa, Juliana Cowleya, Briana Duguida czy Mike'a Barnesa. Naturalna koleją rzeczy proporcje pomiędzy gatunkami i tradycjami prezentowanymi w "The Wire" zmieniają się. Kiedyś magazyn był zorientowany bardzo jazzowo, kiedy indziej dużo pisano w nim o awangardowym rocku, zaś obecnie poczesne miejsce wydaje się zajmować tzw. "nowa elektronika" i nieludyczne odmiany techno. Nigdy jednak nie dzieje się tak, że jedna fakcja opanowuje zawartość pojedynczego numeru. Wszystko powyższe nie oznacza bynajmniej, iż jest to magazyn idealny. Po pierwsze, ze względu na mimo wszystko bardzo szeroki zakres tematyczny, "The Wire" opisuje jedynie wierzchołek góry lodowej, co w praktyce sprowadza się do szczątkowej obecności w nim undergroundu, a i overground prezentowany jest bardzo selektywnie zaś klucz wyboru nie do końca wydaje się jasny. Po drugie, słuchacze wywodzący się z ekstremistycznych kręgów dostrzegą niemal kłującą nieobecność artystów, którzy w ich hierarchii są niemal bogami - nie uświadczy się tu stajni Cold Meat, gotyku czy w ogóle większych ilości mrocznego ambientu. W konsekwencji, spora część prezentowanej w miesięczniku muzyki będzie im się wydawała strasznie mainstreamowa i mało odkrywcza. Poza nielicznymi przypadkami jest to jednak złudzenie. Po trzecie, ale jest to już moje osobiste zdanie, obecna fascynacja redakcji nową elektroniką momentami nieco razi, szczególnie w kontekście paru innych równoległych zjawisk, o których magazyn nie wspomina, ale z drugiej strony nie da się ukryć, że to właśnie w tym regionie muzyki dzieją się obecnie najbardziej nowatorskie rzeczy. Niezależnie jednak od tych zastrzeżeń "The Wire" w mojej opinii pozostaje magazynem na niezmiennie klasowym poziomie, które jak chyba żadne przedstawia szeroką wizję tego, co ambitnego i ciekawego dzieje się w dźwiękach wokół nas. W Polsce "The Wire" dostępny jest regularnie w Empikach i wielu dziuplach z prasą zachodnią, ale tych, którzy chociaż trochę go polubią, zachęcam do wykupienia prenumeraty - raz, że wychodzi nieco taniej, a dwa, że subskrybenci otrzymują szereg wyłącznych bonusów, takich jak genialne samplery CD (bez żadnych dodatkowych opłat) czy zniżki przy zakupach płyt lub książek o muzyce, które nie są dostępne dla kupujących pismo z półki zarówno w Polsce jak i zagranicą. Informacje i zasady prenumeraty można znaleźć w każdym numerze i na stronie WWW magazynu: http://www.thewire.co.uk. Na stronie tej znajdują się też materiały archiwalne - niektóre szersze niż te opublikowane w wersji papierowej, newsy i parę innych atrakcji. To jak, wzrośnie ilość czytelników w Polsce? |
|
|