KONCERTY ELEKTRONICZNEJ AWANGARDY
Postindustrialna muzyka
dla postindustrialnego społeczeństwa
Dziedziniec Arsenału Sztuki, Wrocław, 14 - 15 czerwca 1999

W dniach 14 i 15-go czerwca we Wrocławiu odbył się dwudniowy koncert antymuzyczny, a występujące nań formacje w bardzo przekonywujący sposób udowodniły, iż powyższe hasło, pod którym odbyła się cała impreza, zostało użyte w sposób przemyślany. Sam Dziedziniec Arsenału zdaje się być bardzo dobrym miejscem na organizowanie gotyckich czy też industrialnych imprez. Mroczne, otaczające niewielki plac budynki tworzyły naprawdę interesujący i wręcz klaustrofobiczny klimat.

Pierwszego dnia wystąpiły następujące formacje: Job Karma, Christblood oraz Stupor. To właśnie wrocławskiej Job Karmie przypadło w udziale rozpoczęcie koncertu. Premiera była niezbyt udana pod względem organizacyjnym - występ rozpoczął się po bardzo długim opóźnieniu. Warto jednakże było uzbroić się w cierpliwość i poczekać na ten zespół. Znakomicie przygotowany muzyczno-sceniczny spektakl zrekompensował długie chwile oczekiwań. Na scenie pojawiły się olbrzymie białe beczki oraz kraty, za którymi ukrywali byli muzycy. Trudno zdefiniować dźwięki, które miałem okazję tu usłyszeć. Zresztą, w przypadku tego typu "muzyki" mamy wyraźnie do czynienia z próbami raczej deprogramowania i odwarunkowywania pojęć i definicji niźli konstruowania pewnych systemów opisu rzeczywistości. Mroczny ambient, trochę kojarzący się z dokonaniami Throbbing Gristle jest chyba najlepszym porównaniem, na jakie w tej chwili mnie stać. Tak naprawdę brak tu miejsca na słowa. Liczył się jedynie dźwięk i obraz, który emitowany był ze znajdującego się z tyłu sceny olbrzymiego ekranu. Minimalistyczne eksploracje, mroczne soniczne kolarze, subtelne ambientowe partie doskonale współgrały z prezentowanym filmem video, na którym pojawiały się jakieś chore, zakręcone obrazy, trybale, wstawki kojarzące się z różnymi różnościami pomagającymi wejść w głębszy trans przy odbiorze tego typu sztuki. Te fragmenty przeplatane były pojawiającymi się negatywnymi aspektami rzeczywistości, która pełna jest przemocy i wojen, i zdawały się napomykać o zbliżającym się punkcie kulminacyjnym, w którym przeleje się wreszcie czara wszelkich złudzeń, iż świat zmierza w odpowiednim kierunku. I taki też był finał występu Job Karmy. Na dziedzińcu pojawiły się cztery postaci, które rozświetliły mroki niebios wypluwanym przez nie ogniem. Doprawdy, trudno mi opisać kłębiące się w powietrzu uczucia i wydobywane z elektronicznych instrumentów wibracje. COŚ po prostu się stało, coś miało miejsce.

Kolejnym polskim wykonawcą był Christblood. Trzy ubrane w długie białe szaty i mające wymalowane na biało twarze postacie kojarzyły mi się z tajemnymi druidycznymi misteriami śmierci i narodzin. Nekromantyczny występ Christblood stanowił specyficzny, skromny pod względem środków wyrazu spektakl, który okraszony był również projekcją video, zapachami kadzideł i teatralnym zachowaniem muzyków. Subtelne dźwięki klawiszy przeplatały się z deklamacjami wokalisty i wokalistki, której czasem podniesiony, a wówczas mocno ekspresyjny głos kojarzył mi się z Amodali z Sixth Comm/Mother Destruction.

Zawiódł natomiast niemiecki Stupor. Grupa ta gra noise, ambient, etc. wzbogacony głosem wokalistki, która pragnie chyba być utożsamiana z Diamandą Gallas. Daleko jej jednak do wymienionej tu osoby. W muzyce brakowało mi świeżości i spontaniczności. Zgadzam się, że łatwo jest nagrać jakiś antymuzyczny materiał, a przy tym niekoniecznie należy być muzykiem. Ciężko jednakże jest zdobyć się na oryginalność i pokusić się o pewnego rodzaju umagicznienie tworzonej przez siebie muzyki. Dzień drugi rozpoczął się od występu trójmiejskiej formacji Miasto nie spało. Cóż, nie miałem niestety okazji obejrzeć osobiście tego występu. Miasto nie spało kreuje muzykę improwizowaną, wykorzystując m. in. kontrabas, wiolonczelę i akordeon. Wiele osób w pewnym momencie pytało kiedy skończy się trwająca właśnie próba. Jakież było ich zdziwienie gdy dowiadywali się, że trwa właśnie występ pierwszego zespołu... Zdaje się, że twórczość Miasta - nietuzinkowa, trudna w odbiorze i najlepiej słyszalna w odpowiednio zaaranżowanym, kameralnym klimacie - nie bardzo pasowała do pozostałych zespołów.

Ciesząca się w niektórych kręgach olbrzymią estymą niemiecka industrialna grupa Column One z pewnością nie zawiodła chociaż nie powiem, by ten występ powalił mnie na kolana. Był to dobrze odegrany set, któremu towarzyszyła odpowiednia atmosfera. Koncert Column One miał również swój polski akcent, gdyż na scenie gościnnie pojawił się grający na Korgu Woycek Czern, szef wytwórni Obuha i muzyk Za Siódmą Górą.

Następnie na scenie zainstalował się czeski Scrol. Tu znów obyło się bez jakichś większych rewelacji. Muzyka Czechów przypominała nieco dokonania The Moon Lay Hidden Beneath A Cloud i to chyba głównie dzięki wokalistce. W ich muzyce jednakże więcej było eksperymentów, dźwięków generowanych z własnoręcznie skonstruowanych blaszanych instrumentów niźli atmosfery średniowiecznego mroku, tak bardzo charakteryzującej przecież The Moon...

Ostatnim wykonawcą był Schloss Tegal z USA. Zespół ten uważany jest za legendę dark ambientu, a jego muzykę dość często przyrównuje się do Lustmord. Źródłem inspiracji Schloss Tegal stanowią odkrycia Wilhelma Reicha dotyczące psychoseksualnej energii orgonalnej, a także UFO oraz masowe mordy. I rzeczywiście, gęste prepary, ciężko unoszące się smoliste elektroniczne dźwięki przyprawiały o drżenie. Trudny był to w odbiorze koncert, bardzo posępny i pełen negatywnych wibracji, tak bardzo charakteryzujących przecież swoiście opisywany przez Schloss Tegal świat, w którym przyszło nam żyć.

Podsumowując, muszę przyznać, że koncert okazał się imprezą całkiem udaną. Dobra organizacja (za wyjątkiem opóźnienia pierwszego dnia), świetne nagłośnienie, które zawiodło jedynie w trakcie występu Stupor, gdyż obsługujący konsoletę akustyk z niewiadomych przyczyn przyciszał dźwięk i niezłe występy niemal wszystkich grup wzbudziły mój apetyt na obejrzenie większej ilości tego typu koncertów. Zdaje się też, iż w Polsce "antymuzyka" zaczyna wzbudzać coraz większe zainteresowanie. Świadczą o tym po pierwsze licznie zgromadzona publiczność (w ciągu dwóch dni przez Dziedziniec Arsenału przewinęło się około 800 osób) jak również naprawdę znakomite występy Christblood, a przede wszystkim Job Karmy, które w niczym nie odbiegały od poziomu zagranicznych gości, a czasem były o niebo lepsze.

PS. Przy okazji chciałbym podziękować wszystkim bliskim mi osobom z Wrocławia, a szczególnie Tej Jednej, za magijczne chwile, jakie dane mi było przeżyć w tym mieście.

Krzysztof Azarewicz