|
Zarówno LULL jak i SCORN to moich wszechwieczni faworyci. W którymś z zeszłych numerów mieliście okazję przeczytać recenzję ostatnich albumów obydwu zespołów. Dzisiaj wywiad z niezmordowanym Mickiem, obok dyskografia obydwu zespołów, a za miesiąc jego rozliczne projekty. - W przeciągu ostatniego roku ukazał się jeden album SCORN [wywiad został przeprowadzony w listopadzie ubiegłego roku, przed ukazaniem się "Zandera"], jeden album LULL, oraz album "Collapse", który nagrałeś z Jimem Plotkinem. Nie liczę rzecz jasna wszystkich pomniejszych projektów i przedsięwzięć. Jak znajdujesz czas na pisanie takiej ilości muzyki?
"Collapse" jest już w gruncie nieco starawa, gdyż materiał na nią został napisany ponad półtora roku temu, chociaż ukazał się dopiero 4-5 miesięcy temu. To samo dotyczy mojej pożegnalnej płyty z Earache, "Logghi Barogghi". Najnowszy ze wszystkich przez ciebie wymienionych jest album LULL - poprzedni wyszedł ponad dwa lata temu. Poza tym "Continue" jest bardzo różny od wcześniejszego materiału. Relapse zgłosili się do mnie z ofertą nagrania po tym jak napisałem kawałek na ich kompilację. Po pewnym namyśle zaproponowałem im album składający się z jednego utworu, który najprawdopodobniej byłby także ostatnim nagraniem LULL. Bardzo się im to spodobało i oto jest.
- Obecnie zarówno SCORN jak i LULL to projekty w stu procentach solowe. Jaka jest więc między nimi różnica?
Jest między nimi tylko jedna, ale jakże ważna - styl. Pierwszy z nich ma beat, drugi nie, chociaż obydwa opierają się w równym stopniu na atmosferze i emocjach. W LULL badałem obszary muzyczne pozbawione beatu, w SCORN beat był jednym z moich głównych punktów zainteresowania. Tak więc istnieją różnice, chociaż rzecz jasna są także i podobieństwa. Zresztą ja sam dostrzegam różnice bardzo wyraźnie, więc rozumiem różne nastroje i odczucia, kiedy piszę materiał dla jednego z zespołów. SCORN zawsze miał jakieś podłoże funkowe z mocnym beatem i niskim basem.
Jak pewnie wiesz w końcu udało mi się uciec od Earache Records, chociaż na szczęście udało nam się rozstać w dobrych stosunkach. Tak czy inaczej podpisałem jednoalbumowy kontrakt z KK Records. Od tej pory mam zamiar podpisywać wyłącznie tego rodzaju kontrakty, aby zobaczyć jak współpracuje się z daną wytwórnią. Nigdy już nie chcę wplątać się w nieszczęśliwe układy - końcówka współpracy z Earache była koszmarem.
- Na "Logghi Barogghi" powróciłeś do wokali ...
Wszystko zależy od tego co nazywasz wokalami. Wydaje mi się, że ludzie błędnie odbierają samą idee wokalu. "Logghi Barroghi" jest bardzo osobistym albumem i swego rodzaju atakiem na Earache Records. Tak naprawdę był to album dla mnie samego dotyczący rzeczy, które mnie obchodziły. Wiedziałem, że miał to być mój ostatni album dla Earache i pierwotnie planowałem go jako czteroutworową epkę. Nie miałem dla nich żadnego szacunku i zdecydowałem się ot tak wejść do studia i trochę pobawić się nagrywaniem. Trudno zresztą byłoby mi wytłumaczyć osobisty poziom tej płyty czy też humor w odniesieniu do Earache. Tak czy inaczej jest to raczej rozwinięcie epki kończącej jakiś tam okres w mojej muzycznej historii.
- Ciągle pozostając przy "Logghi Barogghi" - pomimo, iż jest on zorientowany na beat wydaje się być także bardzo minimalistyczny...
Wiem, co chcę robić ze SCORN i w jaki sposób obrabiać dźwięki, ale nigdy nie jestem w stanie przewidzieć jaki będzie efekt końcowy. Zgadzam się, jest to bardzo minimalistyczna płyta, między innymi dlatego, że jest tak osobista. W pewnym sensie jest ona bardzo zorientowana na słuchacza i pozwala mu na wybieranie różnych elementów już po kilku przesłuchaniach. Nowy album jest ["Zander"] jest z kolei chyba najkrótszym albumem SCORN, zaledwie 48 minut i dziewięć utworów. W Europie ukaże się on a nakładem KK Records, w Stanach wyda ją Invisible. I definitywnie towarzyszyć będą jej koncerty. Zarówno Martin Atkins, szef Invisible, jak i ja chcemy, aby SCRN znalazł się w Ameryce i grał tam koncerty. Nie będzie to nic porażająco długiego, gdyż po prostu muszę być w domu i pracować w studio, ale myślę, że mówimy tu o jakichś czterech, pięciu tygodniach koncertów. Tak czy inaczej byłaby to pierwsza amerykańska trasa w ponad pięcioletniej karierze zespołu.
- Martin generalnie rzecz biorąc robi bardzo dużo dla europejskiej muzyki w Stanach ....
To prawda, i od samego początku miał do mnie bardzo pozytywne nastawienie. W gruncie rzeczy jest on uosobieniem tego, czego oczekuję od wytwórni. Nie wiem, czy do końca rozumie on moją muzykę, ale z całą pewnością bardzo ją popiera.
- Co skłoniło cię do nagrywania i wydawania muzyki?
Muzycznie wyrosłem na punku. Krótko mówiąc szukałem agresywnej i potężnej muzyki, a punk zawsze dawał ujście mojej energii. Zawsze też chciałem grać na bębnach, które wydawały mi się głośnym, bardzo fizycznym instrumentem. Potem pojawił się NAPALM DEATH, i kiedy zobaczyłem ogłoszenie w gazecie w Birmingham, pomyślałem, że warto spróbować zostać wokalistą w zespole. Tej posady nie otrzymałem, ale kilka miesięcy później zapoznałem się z Justinem Broderickiem i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Ostatecznie więc dołączyłem do NAPALM DEATH jako perkusista.
- Czy po tylu latach masz jeszcze ciągle zapał do tworzenia muzyki?
Muzyka jest moją namiętnością i za nic nie chcę się z niej wyleczyć. To wspaniały sposób wyrażenia samego siebie, a ponadto daje mi wiele zadowolenia. Mam swoje własne studio, więc pisanie jest czymś naturalnym, automatycznym. Nie muszę martwić się o żadne opłaty za czas nagraniowy. Jestem też inżynierem dźwięku-samoukiem. Jeśli coś po prostu brzmi dla mnie OK., to oznacza, że tak jest. Rzecz jasna, jest w tym też duże wyzwanie, więc nie chciałbym robić niczego innego. W końcu to wszystko co umiem.
- Czy jako muzyk też jesteś samoukiem?
Dokładnie, i to w przypadku każdego instrumentu jakiego w życiu dotknąłem. Cała nauka polegała na metodzie prób i błędów. Jeśli posłuchać uważnie jakiekolwiek albumu SCORN, okaże się, że żaden z nich nie jest doskonały, dźwięki rozjeżdżają się, nie trzymają tonacji. Ja po prostu nie pracuję z muzyką w ten sposób. Nie umiem czytać nut, ani ich pisać, nie czuję w ogóle takiej potrzeby. Wiem, co brzmi właściwie i na tym polega moja muzyka. A jeśli coś nie jest wyzwaniem, po prostu o tym zapominam. Nigdy nie napisałbym czegoś nieskazitelnie poprawnego.
- A w jakim kierunku będzie szła twoja muzyka w przyszłości?
Nie mam pojęcia. Co zresztą można na ten temat powiedzieć? Będę kontynuował to co robię w tej chwili, a reszta sama się ukształtuje. Istnieje duża ilość projektów nad którymi będę dalej pracował. Chciałbym też więcej współpracować z innymi muzykami. Bardzo lubię miksować czyjeś pomysły ze swoimi, aby zobaczyć jak będzie efekt końcowy. Chciałbym się też zająć nieco bardziej stroną produkcyjną, chociaż nie jest to coś, do czego jestem w jakikolwiek sposób zmuszony. Mówiąc o produkcji mam na myśli większe otwarcie na innych artystów tworzących muzykę podobną do mojej i możliwość pomagania im w tym co robią. Przykładem tego może być moja współpraca z SIEWOLF. Na samym początku dostałem od nich kopię starego albumu i nowe demo. Kiedy spotkaliśmy się powiedziałem im, że starszy materiał nie brzmi jak muzyka, z którą normalnie pracuje. Nowy materiał z demo był jednak czymś do czego potrafiłem się odnieść i w jakiś sposób im pomóc.
- Z kim więc chciałbyś współpracować najbardziej?
Marzę o zrobieniu czegoś wspólnie z Johnem Hassle, ale wydaje się on być bardzo trudnym do złapania, a poza tym wątpię, aby kiedykolwiek słyszał którekolwiek z moich produkcji. Próbowałem się z nim jakoś skontaktować, do tej pory bez rezultatu. Myślę, że chciałby też pracować z Robinem Goodfrey'em, gitarzystą COCTEAU TWINS. Jego styl grania na preparowanej gitarze bardzo mnie interesuje.
- Pewnie to bardzo pospolite pytanie, ale jestem pewny, że wiele osób chciałoby wiedzieć, czego słucha Mick Harris jeśli już znajdzie odrobinę wolnego czasu?
Dużo starego jazzu: Coltrane, Miles Still, John Hassle. Słucham też muzyki eksperymentalnej, awangardowej, kraut-rocka, materiału akustycznego. No i jest jeszcze wiele interesujących produkcji w gatunku drum'n'bass. Odrobina techno - moja ulubiona wytwórnia Black Nation Records znajduje się w małym miasteczku w Stanach zwanym Kalamazoo. Nie mają zbyt wysokich notowań, ale w porównaniu do europejskiego techno są o wiele bardziej eksperymentalni, a to mi się podoba. Co jeszcze, większość materiału wychodzącego w Basic Channel Records i Chain Reaction Records. Jest też jeszcze wytwórnia z Detroit Metroplex, zresztą nazwy zajęłyby jeszcze trochę miejsca.
- Rozumiem, że twoje muzyczne plany na najbliższą przyszłość też zajęłyby trochę papieru ...
Hm, chyba tak. Razem z Jimem Plotkinem nagramy jeszcze jeden album dla Sub Rosa Records. Niedawno skończyłem też pracę nad albumem zatytułowanym "Matera" - to wspólne dzieło moje i człowieka o imieniu m.t.T., ukaże się on w Stanach nakładem Fifth Column Records [wytwórni Chemlab - PF]. Nowy album SCORN "Zander" ukaże się 18 lutego, niedługo potem album, który nagrałem z muzykiem z SIGILIUM S. Potem trasa o której wspominałem i z powrotem do studia. Mam też obecnie swoja własną wytwórnię Possible Records - do tej pory ukazało się kilka dwunastocalówek i jeden kompakt, między innymi epki SCORN, AMBUSH, PCM, COIT. Ogólnie wydaję w niej nastrojowy, atmosferyczny breakbeat z elementami drum and bass. Przy okazji trasy SCORN w Stanach być może zagram także kilka koncertów jako LULL, ale to zależy od Relapse i klubów - z zasady nie gram w miejscach, które nie mają dobrego sprzętu. A potem znowu - końca nie widać.
Czy ten człowiek kiedykolwiek sypia?!
Jester/paf
|
|
|