TECHNO ANIMAL


Re-Entry


(Virgin)



Ten album to monstrum! Zarówno fizycznie, bo składają się na niego 2 kompakty z 75 minutami dźwięków na każdym, i muzycznie, bo to, co się na nich dzieje jest wyprawą w przyszłość muzyki.

Wbrew nazwie TECHNO ANIMAL nie ma absolutnie nic wspólnego z gatunkiem techno (poza może współpracą Kingsuka Biswasa z definitywnego dla tego ostatniego gatunku BEDOUIN ASCENT) i jest jeszcze jednym projektem niezmordowanego Kevina Martina znanego z GOD i ICE oraz Justina Broadricka z GODFLESH. "Re-Entry" to masywna dawka syntetycznych dźwięków, które zahaczają o wszystko co dzieje się we współczesnym technologicznym podziemiu - industrial, izolacjonizm, ambient, dub, trip-hop, podziemne jungle. Niezależnie jednak od wszystkich syntetycznych instrumentów, głównym narzędziem w tworzeniu tego albumu wydaje się być technika obróbki dźwięku. Wszystko, co znajduje się na obu krążkach to poważnie zmutowane, zmiksowane, przepuszczone przez dziesiątki efektów i zniekształcone nuty. Dzięki powyższym operacjom album brzmi absolutnie obco dla ucha nawet doświadczonego słuchacza, chociaż momentami można rozpoznać motywy i wpływy od których Kevin zaczął pracę. Z tego powodu "Re-Entry" nie jest łatwą do słuchania pozycją, nie mówiąc już o samym czasie jaki trzeba spędzić na jego kontemplacji. Najkrótszy utwór na tym albumie trwa nieco ponad siedem minut, zaś ukoronowaniem dzieła jest moim zdaniem ponad 20-minutowy "Cape Canaveral", który pomimo, że nie znajduje się na nim jako ostatni, zabiera słuchaczy w zupełnie inne wymiary, tego co generalnie można odebrać uchem. Tej muzyki się nie słucha, w niej trzeba się pogrążyć i aczkolwiek jest to komunał, nigdy przedtem nie spotkałem albumu, przy którym należałoby go traktować aż tak dosłownie.


Paweł Frelik