BIOSPHERE
Substrata
(All Saints Records)

Nie jest to album bardzo świeży, bo wydany prawie dwa lata temu, ale jego piękno nie pozwala na ominięcie. Poprzedni album Geir Jenssena z Tromso za Kołem Podbiegunowym, 'Patashnik", był niemal klasycznym przykładem mariażu leniwych technoidalnych beatów i nastrojowego ambientu. Na "Substrata" rytmów niemal nie ma, zaś wszędzie króluje polarna północ. Nie taka jak na albumach Thomasa Konera, ale bardziej namacalna, jakby bardziej ludzka, ale przez to też smutniejsza i bardziej refleksyjna. Kluczowym słowem jest tu przestrzeń - leniwe, z rzadka porozrzucane elektroniczne harmonie odbijają się w niej i powracają z kilkusekundowym opóźnieniem. Czasem dochodzą do nich odgłosy niby-lasu, niby-podwodnych głębin, które rezonując jeszcze bardziej rozpychają pustkę pomiędzy dźwiękami. Nawet kiedy linia melodyczna zbiega się w pojedyncze, miarowe mruczenie, na którego tle pojawiają się ludzkie głosy nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że tam, pomiędzy tonami, jest bardzo zimno, bardzo pusto i bardzo samotnie. Jedyny moment ciepła to złapany na radiostacji Rosjanin, który bliskim i jakby zmęczonym głosem opowiada o czymś. Nie wiem o czym, ale ton jego głosu i odgłos przełykanej śliny nadają białym przestrzeniom muzyki BIOSPHERE nieoczekiwanie ludzki aspekt - nawet dźwięki w tle robią się wtedy bardziej przyjazne. Poza tym jednak dookoła "Antennarii" (bo tak nazywa się ten utwór) i dwu innych kawałków, w których pojawiają się ludzkie głosy rozciąga się przepiękna pustka, która poraża.