STEVE ROACH


The Magnificent Void



(Fathom)



Zgodnie z tytułem album ten jest poświecony próżni. Cytat z "The Holotropic Mind" Stanislava Grofa na tylnej okładce stwierdza, iż "chociaż w próżni nie możemy dostrzec niczego konkretnego, towarzyszy nam również głębokie odczucie, że niczego w niej nie brakuje". Siedemdziesiąt minut Steve'a Roacha z 1996 stanowi znakomitą ilustrację tego stwierdzenia. Sam krążek nie jest bynajmniej wypełniony próżnią czy też ciszą. Co więcej, nie należy on nawet do gatunku, który zwykle określa się minimalizmem czy izolacjonizmem. Dźwięków jest na "The Magnificent Void" wiele. Po bezmiarze echa i pogłosu przetaczają się raz to niskie dudnienia, raz to wysokie dźwięki niby-dzwonków, a czasami nawet 'normalne' melodie, który powoli nadpływają i odchodzą w nieistnienie niczym fale leniwego oceanu snu. Wszystkie one tworzą obraz (czy też jak ja to nazywam - usłuch) olbrzymiej, pustej i granatowej przestrzeni, w której nie istnieje nic ani nikt. Co ciekawe próżnia wydaje się przyciągać. W odróżnieniu od wizji LULL czy Thomas Könera otchłań Roacha oddycha i zaprasza nie wywołując żadnych alienacyjnych odczuć. Zamiast nich panuje na tym albumie atmosfera pogodnego bezmiaru, błogiej inercji i niebytu. Idealny album na zimowe wieczory.

(Fathom, P.O. Box 31321, San Francisco CA 94131, USA)


Paweł Frelik