WHITEHOUSE


Quality Time


(Susan Lawly)



Każdy kto twierdzi, że uwielbia słuchać WHITEHOUSE jest albo skończonym czubem albo pozerem. W przypadku "Quality Time" dochodzą jeszcze fani-fetyszyści Steve’a Albini’egio, który wyprodukował ten album.

WHITEHOUSE nie da się lubić i nie można go regularnie słuchać. Angielskie trio nie produkuje czegokolwiek, co miałoby jakikolwiek związek z jakąkolwiek muzyką. Trzydzieści kilka minut podzielone na 6 utworów to po prostu elektroniczny noise przeplatany krzyczącymi ludźmi. Dokładnie tak - niemal cały otwierający track "Told" to mniej lub bardziej monotonne krzyki, obelgi i kłótnie. Jeśli dołączyć do tego obecne w innych utworach drążące niczym tępe dentystyczne wiertło syntetyczne dźwięki, to wychodzi na to, że "Quality Time" mogą słuchać wyłącznie wymienieni we wstępie. W praktyce słuchają jej pewnie niemal wyłącznie masochiści i czuby. Pozostali to ta drobna frakcja, która potrafi popatrzyć z dystansu na tego rodzaju eksperymenty i wyjść ponad odbiór albumu wyłącznie w warstwie sonicznej. W przypadku WHITEHOUSE bardziej liczy się koncept, który zakłada swego rodzaju catharsis a nie muzyczną ucztę. Wtedy piętnasty bodajże album okazuje się być fascynującą podróżą po obszarach gdzie gwałci się tabu i bezcześci groby muzyki. Mnie to pasuje, chociaż nie za często. Znaczy, że jeszcze jestem normalny.



Paweł Frelik