MINISTRY i NAPALM DEATH grają jakiś tam rodzaj metalu, metal wywodzi się z rocka, który z kolei ma swoje korzenie w country, bluesie i częściowo jazzie. Wszystkie z nich oparte są na tradycyjnym brzmieniu gitary, basu i perkusji. Muzyka industrialna, aczkolwiek szczególnie ostatnio okazjonalnie zapożycza elementy rockowej estetyki, oparta jest na elektronice. Po jednej stronie mamy więc młodego rockmana mocniej lub słabiej torturującego swoją gitarę, po drugiej ponurego kolesia kręcącego pokrętłami oscylatora. Prawdziwa industria nigdy nie jest, a nawet nie może być, rocknrollem, bo też ideologiczne przesłanki są zupełnie inne. Rocknroll to muzyka buntu, otwartego wystąpienia przeciwko normom i pod tym względem metal we wszystkich swoich odmianach wydaje się być szczytową formą tego wyrazu. Industria wyraża monotonną beznadziejność ludzkiej duszy opanowanej przez technikę szarego świata. Po pierwsze poprzez manipulację dźwiękiem, zniekształcenia, wyładowania statyczne i pomruki odziera nas ona z człowieczeństwa. Po drugie eliminuje jakiekolwiek pozytywne emocje, które dają nadzieję na lepsze jutro i wiarę w człowieka. Po trzecie napełnia nas poczuciem maszyny - zimnej, nieczującej i wszechobecnej. Efekty te można osiągnąć wielorako - poprzez dźwiękowe pandemonium i kakofonię, nieubłaganie powtarzające się rytmy i bicia, czy też monotonne brzęczenia. Rozochocone amerykańskie nastolatki późnych lat 60-tych i angielskie punki z 1976 chwytali za gitarę. KRAFTWERK mógł powstać tylko w Niemczech, które po wojnie pogrążyły się w pościgu za technologią. To samo dotyczy Japonii, która oprócz ślepej akceptacji popowych ikon z Ameryki posiada największą na świecie scenę noise, gatunku tak blisko spokrewnionego z industrialem. Sam przymiotnik "industrialny" w odniesieniu do muzyki po raz pierwszy został użyty około 1977 przez THROBBING GRISTLE - formację, której hasło brzmiało "Industrial Music for Industrial People" i która wydawała swoje własne nagrania poprzez samizdatową wytwórnię Industrial Records. Nie oznacza to jednak, że THROBBING GRISTLE zapoczątkowali samą muzykę, gdyż ich nagrania, jakkolwiek obrazoburcze i nowatorskie na tamte lata, mają całą rzeszę świadomych i nieświadomych prekursorów. Już rosyjscy kompozytorzy IGOR STRAWIŃSKI i DYMITR SZOSTAKOWICZ z początku naszego stulecia eksperymentowali z nowymi dźwiękami w kontekście swoich klasycznych kompozycji. Nie można jednak nazwać ich dział industrialnymi ze względu na ciągle olbrzymi ładunek pozytywnych emocji, z definicji nieobecnych w muzyce industrialnej. Prawdziwym jej prekursorem jest KARL HEINZ STOCKHAUSEN, który w latach 60-tych eksperymentował z miksowaniem taśm, urządzeniami elektronicznymi i instrumentami akustycznymi. Do jego najwybitniejszych dzieł z tamtego okresu należą "Hymnen" - nawała orkiestralnych i elektronicznych dźwięków oraz "Kurzwellen", w którym akustyczny zespół improwizował na tle przypadkowo generowanych dźwięków. Inni wcześni industrialiści to LAMONTE YOUNG - ojciec minimalizmu zafascynowany dźwiękiem transformatora, CHARLES DODGE - miksujący głosy z elektroniką, GEORGE CRUMB, którego "Black Angels" zniekształcały kwartet smyczkowy do hałasu, ROBERT ASHLEY robiący to samo z ludzkimi głosami, WILLIAM BOLCOM łączący przygotowane taśmy z gotyckimi organami i GEORGE RUSSELL robiący to samo z zespołem jazzowym w "Electronic Sonata for Souls Loved by Nature". W Szwecji od późnych lat 50-tych działał RALPH LUNDSTEN, którego Andromeda Studio wyprodukowało w latach 60-tych i 70-tych cały szereg dzieł łączących chłód i surowość z pięknem i ciepłem. Bardzo głośnym nazwiskiem, szczególnie w kategorii eksperymentów z taśmami, był STEVE REICH, którego "Its Gonna Rain" zawierał zwielokrotnione, pocięte i zmiksowane fragmenty kazania. Z ludzkim głosem eksperymentował również ALVIN LUCIER. W "I Am Sitting in the Room" ludzki głos był odtwarzany w pustym pokoju i wielokrotnie nagrywany, aż do momentu kiedy taśma i echo zredukowały go do niezrozumiałego pomruku. Nie należy również zapominać o FRANKU ZAPPIE, który w swojej twórczości niejednokrotnie romansował z industrialnymi dźwiękami. Wczesne lata 70-te to również dobry okres dla pre-industrialistów. Nieprzypadkowo zresztą był on zdominowany przez muzyków niemieckich. Pierwszy album TANGERINE DREAM "Electronic Meditation" miał za zadanie stworzyć odczucie topiącego się mózgu i do dnia dzisiejszego pozostaje praktycznie niesłuchalny. CLUSTER, w którym występowali tak znani eksperymentatorzy jak CONRAD SCHNITZLER, DIETER MOEBIUS i JOACHIM ROEDELIUS, nagrała w tym okresie dwa albumy, "Kopfzeichen" i "Osterei", na które składa się kakofonia elektroniki i akustycznych dźwięków. Debiut KRAFTWERK z 1972 to dwa krążki dziwnych akustyczno-elektronicznych eksperymentów zupełnie nieprzystających do ich późniejszej, melodyjnej twórczości. Od 1972 do 1975 NEU wydał trzy albumy pełne surowych dźwięków, zaś "Irrlicht" i "Cyborg" KLAUSA SCHULZE łączą w sobie brzęczenie generatorów z odległymi, drugo- i trzecioplanowymi orkiestracjami. Poważny wkład w rozwój gatunku wnieśli również HOLGAR CZUKAY z CAN, a także nie-niemieccy CABARET VOLTAIRE, RESIDENTS i CHROME. Oczywiście są to tylko niektóre nazwy i nazwiska. Podobnie jak w przypadku współczesnej industrii większość artystów nie jest (i nie chce być) szeroko znana, nagrywa dla małych wytwórni i niechętnie występuje publicznie. Dlatego też identyfikacja i dotarcie do ich dzieł są niezwykle utrudnione. O współczesnej dźwiękach innym razem, przede wszystkim ze względu na brak miejsca. W gruncie rzeczy w latach 90-tych ciężko nawet mówić o muzyce industrialnej jako takiej. Zgodnie z nieubłaganym prawem rozwoju rozpadła się ona na wiele pomniejszych odłamów i odmian oraz zaczęła łączyć w niekontrolowany sposób z innymi gatunkami, których definicje i klasyfikacje dają chleb dziennikarzom i krytykom, irytując muzyków i umistyczniając wąską, ale wierną publiczność. II Rewolucja Przemysłowa ciągle trwa.
| |
|
|