AMON
The Legacy
(Eibon)

Andrea Marutti, który ukrywa się pod nazwą AMON, tworzy opustoszały, przestrzenny ambient, który nie tyle brzmi co po prostu jest. Nawet przy maksymalnym wsłuchaniu się w sześć trwających 65 minut utworów trudno jednoznacznie powiedzieć, z jakich dźwięków są one zbudowane ani je do czegokolwiek porównać. Gdybym miał przypisać wielkiej, mrocznej przestrzeni jakiś odgłos, niewykluczone, że byłaby to mgła spowijająca 'The Legacy". Szum, niskie buczenie, metaliczny pogłos - w muzyce AMON wszystkie one tracą swoje właściwości w bezmiarach przestrzeni, przechodząc z królestwa świadomych dźwięków w domenę emanacji otoczenia, słyszalnej poświaty wydzielanej przez materię, a jeszcze lepiej przez ciemność. Sceptycy mogą się oczywiście żachnąć, iż niezależnie od wrażeń nowy album AMON jest praktycznie nierozróżnialny od ostatnich albumów LULL czy większości produkcji Thomasa Konera. I chociaż w pewnym sensie trudno się z tym nie zgodzić, to i tak nie ma to większego znaczenia. Minimalistyczny, czy jak niektórzy chcą, izolacjonistyczny ambient rządzi się bowiem swoimi prawami: tutaj liczy się bardziej umiejętność wciągnięcia słuchacza w nieistniejący świat zaklęty w bity niż odbicie się od reszty wystrzałowymi pomysłami. Tak więc fakt, że bez okładki nie potrafiłbym odróżnić tego albumu od wyżej wymienionych klasyków przemawia w takie sytuacji wyłącznie na jego korzyść.
(Eibon Records, Via Folli 5, 20134 Milano, Italy)