FUTURE SOUND OF LONDON
Dead Cities
(Virgin)
W przeszłości dwu ludzi ukrywających się pod nazwą FUTURE SOUND OF
LONDON znanych było ze śmiałych muzycznych, czy też raczej
dźwiękowych, eksperymentów i znakomitych animacji komputerowych
w video clipach. Najnowszy album Dead Cities" nie jest wyjątkiem,
chociaż w porównaniu do poprzedniego Lifeforms" wydaje się on
niejednokrotnie bardzo tradycyjny. O ile podwójny Lifeforms" niemal
w całości składał się z odbić, ech, dziwnych dźwięków i rezonansów
oraz miliarda innych elementów, prawie 70 minut Dead Cities" zawiera
w sobie wiele stricte muzycznych rytmów. Wbrew pozorom nie czynią one
jednak tego albumu mniej eksperymentalnym. Dziwne kwasowe
i trip-hopowe bicia pomieszane z buczeniem, niemal taneczne rytmy
przerywane wyjącymi efektami, głosy z zaświatów na tle lirycznych
skrzypiec, cała gama sampli zapożyczona od innych artystów i grup
(między innymi słynne kobiece śpiewy z soundtracku do Bladerunnera")
- Dead Cities" ma je wszystkie i jeszcze miriady innych. Nie mogło
się też rzecz jasna obejść bez odgłosów, które FUTURE SOUND OF LONDON,
tak jak Christopher z ENDURY, wydają się brać zewsząd i znikąd. W 15
trackach dzieje się tak wiele, że nawet uważny słuchacz nie jest
w stanie zapamiętać chociażby z grubsza tego, co dzieje się w każdym
z nich z osobna. Dead Cities" w naoczny sposób pokazują, że
nowoczesna technika studyjna (bo tylko dzięki niej możliwe są dzieła
pokroju albumów FSOL) rzeczywiście rozwaliła granice naszego
muzycznego wszechświata, którego okruchy cząstki uciekają teraz
w nieznane. Ale z nią jest tak jak ze zwykłym młotkiem - można nim
wykuć w skale kilkunastometrową twarz Indianina, ale można też tłuc
szyby. Na koniec jeszcze dobra wiadomość - ten album jest dostępny
w Polsce, pytajcie w większych kompaktowniach.
|